sobota, 14 kwietnia 2018

Confess, Colleen Hoover

Książkę skończyłam dosłownie 10 minut temu i postanowiłam od razu o niej tutaj napisać, zanim moje wszystkie myśli ulecą mi z głowy. Oczywiście spłakałam się jak bóbr, ale w przypadku książek Hoover to żadne zaskoczenie.



Wierzycie w przeznaczenie? Ja z jednej strony nie wierzę, ale z drugiej mam wrażenie, że wszystko w życiu dzieje się po coś i ma nam coś udowodnić.

Auburn pojawia się pod studiem Owena, akurat wtedy, gdy potrzebuje on asystentki. Młoda dziewczyna od lat walczy o odzyskanie normalnego życia i desperacko potrzebuje gotówki. Zakochanie się w przystojnym malarzu nie jest co prawda częścią jej planu, ale przekorne przeznaczenie stawia na swoim.
Wzajemne uczucie dodaje życiu barw, ale jednak tajemnice zaczynają tworzyć rysy na ich związku. Auburn odkrywa, że przeszłość ukochanego może odebrać jej to, co dla niej najważniejsze. Głos serca podpowiada jednak, że miłość wymaga największych poświęceń.


Okey. Po kolei.

Główni bohaterowie, czyli Owen i Auburn są to osoby, które przeszły w życiu naprawdę dużo. Śmierć bliskiej osoby, poczucie winy, poczucie bezsilności porażki. Takie rzeczy naprawdę wpływają na człowieka, a ta dwójka nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Bardzo podobało mi się to jak Colleen Hoover przedstawiła tych bohaterów. Choć przeznaczenie ich w pewien sposób łączy, oboje mają podobną historię, to jednak każde z nich przeszło przez co zupełnie innego. Ciekawą rzeczą jest podział rozdziałów na rozdziały, których narratorem jest Auburn, oraz na te, w których narratorem jest Owen. To pozwala czytelnikowi na spojrzenie na całą historię z dwóch stron.

Wiecie jaka piosenka kojarzy mi się z Confess? Perfect Eda Sheerana:



Kiedy czytałam tą książkę, gdzieś z tyłu głowy słyszałam tą piosenkę. Teraz ilekroć będę ją słyszała, będzie mi się przypominać historia Owena oraz Auburn.

Jest to powieść naładowana ogromnym ładunkiem emocjonalnym i podczas jej czytania, odbiorca czuje złość, smutek, radość, melancholię, rozczarowanie, konsternację oraz wzruszenie. Zwłaszcza to ostatnie. Ja byłam wzruszona tak naprawdę przez całą drugą połowę książki. Gdzieś to czaiło się we mnie, gotowe w każdej chwili wyleźć na powierzchnię.

Hoover po raz kolejny mnie poruszyła do głębi i sprawiła, że teraz siedzę i zastanawiam się nad sensem swojego życia oraz wpędziła mnie w typowo melancholijny nastrój. Mimo to, jest to naprawdę, naprawdę dobra książka, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę.