niedziela, 8 lipca 2018

Przebudzenie Morfeusza, K.N. Haner

Po trochę dłuższym czasie udało mi się skończyć trzeci i ostatni tom trylogii o Morfeuszu od K.N. Haner. Moje nerwy zostały zszargane, serce złamane, odbudowane i złamane ponownie, a ja mam ochotę ukatrupić autorkę. Ale o tym za chwilę. :)



Kiedy Adam znika z życia Cassandry, kobieta ponownie przeprowadza się do Toronto, a iskierką nadziei jest dla niej synek Tommy. Cass pragnie zapomnieć o przeszłości, ale niestety jej serce tego nie potrafi i choć jest strzaskane, to nadal bije dla najmniej odpowiedniego dla niej mężczyzny. Nagle, o dziwo! Adam zjawia się w jej rodzinnym domu i ponownie wywraca do góry nogami jej życie. Wraz z mężczyzną do życia Cassandry wracają jej wrogowie, a wśród nich ten najgroźniejszy- Eros. Jak kobieta poradzi sobie z tym wszystkim? Czy uda jej się uratować Adama z rąk mafii oraz co ważniejsze: ochronić jej synka?

W tej części Cassandra wyjątkowo mnie denerwowała choć to chyba mało powiedziane. Nie mam pojęcia jak można być tak humorzastym... Kocha Adama, lecz gdy on powie jedno słowo nie tak, np. się przejęzyczy, ona już na niego krzyczy, zaczyna go "nienawidzić", trzaska wszystkimi możliwymi drzwiami, każe mu... ekhem, spadać na zawsze z jej życia, i tak dalej, i tak dalej. Nawet teraz pisząc to wszystko, mnie po prostu trafia szlag.

Pisałam to już i w poprzednich recenzjach, ale powtórzę się raz jeszcze: gdyby nie ta bohaterka, ta trylogia nie miałaby takiego charakteru i byłaby zwyczajnie nudna, a tak Cassandra funduje czytelnikowi nadciśnienie, zawał, nerwicę i takie inne. Przebudzenie Morfeusza okazało się tak bardzo naładowane różnymi wydarzeniami, zwrotami akcji, że czytałam tę książkę aż dwa miesiące, bo musiałam ją sobie dawkować po kawałku. Gdybym miała ją przeczytać w kilka dni pod rząd, nie dałabym rady ani psychicznie, ani fizycznie, bo takie bardzo gwałtowne zamykanie książki, rzucanie nią o łóżko czy o ścianę... Nie, nieważne. Nic nie mówiłam.

Przechodząc to tych wydarzeń i zwrotów akcji, jakie się tu pojawiają: to, co K.N. Haner tutaj zrobiła przechodzi ludzkie pojęcie. Ja się pytam: JAK TAK MOŻNA ROBIĆ?! Schemat wyglądał jakoś mniej więcej tak: czytam sobie spokojnie książeczkę, wszystko fajnie, słodki Tommy i Kubuś Puchatek, nagle zaczyna robić się coraz straszniej, aż w końcu bum! I dostaję prawdziwą bombę na głowę. Okej, nic się przecież nie dzieje, wszystko w porządku, czytam dalej. Próbuję jakoś pozbierać się po ostatnim ciosie, aż w końcu mi się to udaje, lecz... Wszystko zaczyna się od początku. Przy same końcówce nawet nie ma chwili na oddech. Wszystko dzieje się tak szybko, tak gwałtownie, że nie można nawet mrugnąć, bo można coś przegapić. A później oczywiście, ja jak to ja, popłakałam się na końcu jak małe dziecko.

Moim zdaniem jest to najlepsza część, pomijając to, że również jest ona jednocześnie tą najbardziej denerwującą z całej trylogii. Choć raczej nie będę do tych książek wracać (wiecie, za duże nerwy), to jednak będę je wspominać z uśmiechem na ustach. Z ręką na sercu polecam je każdemu.



Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Editio.