niedziela, 15 lipca 2018

Córki, Adrienne Celt

Miałam pewne oczekiwania co do tej książki. Miała być ona taka trochę owiana tajemnicą, wciągająca, a co najważniejsze: miała być "przesiąknięta polskim folklorem". Czy tak się stało?


Główna bohaterka Lulu, uwielbia śpiewać. Jest światowej sławy sopranistką. Kiedy rodzi się jej córka Kara, kobieta nie może wypełnić rodzinnej tradycji, która polega na przekazaniu swojemu dziecku "życiowej siły", dzięki wyśpiewanej mu piosence. Gdy bohaterka opiekuje się córeczką, wspomina kobiety ze swojej rodziny: prababkę Gretę, która podobno zawarła pakt z diabłem, babcię Adę, czyli polską emigrantkę oraz swoją matkę Sarę, jazzową piosenkarkę.

Choć sam opis wskazuje na to, że jest to powieść piękna, trochę nostalgiczna oraz pełna tajemnic, to uwierzcie mi, że tak nie jest. O tym jaka dokładnie okazała się być ta książka, opowiem za chwilę.

Lulu, czyli bohaterka, która nie wzbudziła we mnie żadnych emocji, wydała mi się postacią po prostu nijaką. Po za chwilowymi przebłyskami, gdy było bardzo widoczne to, jak śpiew jest dla niej ważny, miałam wrażenie, że nie wyraża ona żadnych innych emocji. Jedyne fragmenty, które w jakikolwiek sposób przypadły mi do gustu, były to te, w których występowała Ada. Muszę przyznać, że opowieści, jakie snuła właśnie ta postać,  są naprawdę przemyślane i dopracowane, a ich czytanie sprawia czytelnikowi prawdziwą przyjemność. Ale co z tego, skoro w całości ta książka wypada po prostu słabo?
Mamy również Sarę, czyli matkę głównej bohaterki. No cóż, matką roku to ona nie zostanie. Porzucenie dziecka na rzecz własnego życia towarzyskiego? Nawet nie chce mi się tego komentować.

W książce poznajemy również Johna, męża Lulu. Jego z kolei częściej nie było, niż się pojawiał na stronach tej książki. Szkoda, bardzo szkoda, bo wprowadzał on taką chwilową przerwę od tych wszystkich opowieści o Grecie oraz dzieciństwie głównej bohaterki. Jego pojawienie przynosiło chwilowe wytchnienie.

Teraz pora na napisanie o tym, jaka okazała się ta książka. Okazała się być nudna, nijaka i nic nie wnosząca do życia czytelnika. Jest to taka historia, którą się czyta, ale kompletnie nie wie się o czym ona tak naprawdę jest. Czy o życiu Lulu, czy o tej tradycji przekazywania czegoś swojemu dziecku, czy o... O czym tak właściwie jest ta książka? Przyznaję się bez bicia, że podczas lektury odpływałam myślami gdzie indziej, a chyba nie tak powinno wyglądać czytanie. Tę pozycję będę trzymać na półce z przyjemnością, ale tylko i wyłącznie ze względu na okładkę, która jest naprawdę śliczna.

No, niestety. Muszę przyznać, że się rozczarowałam, bo spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Być może komuś innemu przypadłaby ona o gustu, lecz ja nie należę do grona jej wielbicieli.



Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.