wtorek, 11 września 2018

Nawiedzony dom na wzgórzu, Shirley Jackson

Na pewnym wzgórzu stoi opuszczony, owiany złą sławą dom. Przybywają do niego cztery osoby: doktor Montague, czyli znawca okultyzmu, jego asystentka, Eleanor, która posiada sporą wiedzę na temat zjawisk paranormalnych, oraz Luke, przyszły spadkobierca opuszczonej rezydencji.
Na początku myślą, że przyjdzie im się zmierzyć tylko z dziwnymi odgłosami i zamykającymi się drzwiami. Jednak dom zbiera siły, aby wybrać swoją ofiarę...

Tytuł oryginału: Haunting of Hill House
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2018

Na wstępie już zacznę swoje narzekanie, bo aż mnie roznosi od tego wszystkiego.
Książka jest reklamowana jako "jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich czasów". Po jej lekturze, mam w głowie tylko takie "serio?". Bo ta książka nie stała nawet koło takiej prawdziwej grozy. Była oddalona od niej o kilometry.

Jak zawsze, zacznę od pojechania po głównych bohaterach, a w tym wypadku mamy ich aż czwórkę. Rzekłabym, że fantastyczną, ale... Szkoda mi marnować tego słowa na nich.

Doktor Montague, to mężczyzna, którego polubiłam tak naprawdę najbardziej z całej tej grupki. Jest inteligentny, twardo stąpa po ziemi (mimo tego, że specjalizuje się w wykrywaniu duchów i takich tam podobnych rzeczach). Kiedy działy się te wszystkie dziwne i ekhem, "straszne" rzeczy, on jako jedyny miał głowę na karku i nie dał się tak do końca zwariować.

Panie Eleanor i ta druga, której imienia KOMPLETNIE nie potrafię sobie przypomnieć, to niewiasty piękne, ale bardzo strachliwe. Teraz mi coś świta, że ta druga nazywała się chyba Nellie, ale nie dam sobie ręki uciąć. Te bohaterki niekoniecznie mi przypadły do gustu, dla mnie są takimi dość płytkimi osobami, których ja po prostu nie mogę polubić. Wielokrotnie bywało tak, że musiałby być ratowane przez mężczyzn. Ale w końcu były to piękne damy w opałach.

Pan spadkobierca domu, Luke, to bohater którego pamiętam najmniej. Myślę, że tutaj muszę się jakoś usprawiedliwić, czemu tak mało pamiętam z tej książki. Czytałam ją dobre kilka miesięcy temu, może w marcu? Albo nawet wcześniej. I to tylko i wyłącznie na lekcjach języka niemieckiego, ale w sumie nie wiem po co się tym chwalę. 😅

Ale wracając już do książki.
Bohaterów zostawię już w spokoju, a teraz zajmę się fabułą.

Pomysł na tę książkę nie był oryginalny, ponieważ jest mnóstwo powieści, w których występują nawiedzone domy, pałacyki i inne budynki. Dla mnie jest to kolejna tego typu książka. Nie wniosła nic nowego do literatury grozy, a wręcz przeciwnie: powieliła wiele schematów, które każdy już tak dobrze zna.

Książkę czyta się szybko, a to za sprawą umiejętności literackich autorki. Tu jej trzeba pogratulować, ponieważ pisać potrafi, choć z pomysłami już gorzej. Sama historia mnie wciągnęła, byłam naprawdę ciekawa dalszych wydarzeń, ale po skończeniu pozostał mi pewien niedosyt.

Mnie ta książka absolutnie nie przeraziła (i to nie to, że chcę tutaj szpanować czy coś), chwilami mnie nawet bawiła. Pod literaturę grozy bym jej nie podpięła, ale też nie mam nic do osób, które czuły strach podczas lektury Nawiedzonego domu... .

Czy polecam? Tak pół na pół. Jeżeli zależy Wam na tym dreszczyku grozy, to raczej go tutaj nie znajdziecie. A jeżeli chcecie przeczytać tę książkę z czystej ciekawości, to proszę bardzo. Może okazać się to dla Was naprawdę dobra obyczajówka z wątkiem grozy.