niedziela, 16 września 2018

Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Mamy lata 30. XXI wieku, gdzie technologia jest obecna wszędzie. Nawet w ciele człowieka. Oczywiście, tylko ludzi, których stać mają szansę na luksus posiadania sztucznych organów czy wszczepów. Biednym pozostaje tylko reinforsyna, czyli geniusz w pigułce. Dla androidów jest ona jednak szansą na odczuwanie emocji. Jared Quinn zdecydowanie nie jest fanem tak rozwiniętej technologii i stara się od niej uciec najdalej jak to tylko możliwe. Jego niechęć zwiększa się, kiedy w wyniku buntu zdradziła go jego replikantka, Maya. Kiedy mężczyzna wraca do pracy w policji, ma tylko jedną zasadę: żadnych cyborgów, żadnych replikantów.
W New Horizon zaczyna grasować zabójca, który jest nieuchwytny przez policyjne systemy. Dla Jareda to jak wygrana na loterii, bo ma szansę na powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą okazuje się młoda kobieta, którą Quinn widział w swoich koszmarach... Czy to on jest tym mordercą?

Cykl: Czarne światła (tom 1)
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 416

Łzy Mai to moje pierwsze spotkanie z Martyną Raduchowską. Niektórzy zaczynają swoją przygodę z tą autorką od Szamanki od umarlaków, ale ja postąpiłam inaczej. Muszę przyznać, że opis książki od razu przykuł moją uwagę. Niewyjaśnione morderstwo i wizja przyszłości to były główne czynniki, dla których zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę. Jakie więc są teraz moje wrażenia?

Głównym bohaterem powieści jest Jared Quinn. Jest on policjantem, który był świadkiem buntu replikantów, tzw. Easy Puppets. Kukiełki z zimną krwią zamordowały wszystkich współpracowników Jareda, a on pozostał przy życiu tylko i wyłącznie dzięki Mai.

Z tym bohaterem mam taki problem, że chwilami czułam do niego ogromną sympatię, ale następnie byłam na niego po prostu wkurzona. Jego upartość i niechęć do współpracy z androidami, nawet dla własnego dobra była naprawdę irytująca.

O samej Mai nie mogę się za bardzo wypowiedzieć, ponieważ nie zdążyłam się z nią zapoznać podczas lektury. Niby jej imię przewijało się gdzieś tam po drodze, ale pojawiła się tylko na początku i pod koniec książki. Jak dla mnie było jej trochę za mało, ale domyślam się, że taki był celowy zabieg autorki.

Autorka miała świetny pomysł na tę historię. Morderstwo w świecie rozwiniętej technologii, to coś z czym spotkałam się po raz pierwszy. Niektórych rzeczy nie do końca rozumiałam, a chwilami musiałam robić sobie przerwy od czytania tej książki. Za dużo informacji i za dużo wydarzeń na raz i czytanie okazywało się być męczące i po prostu nudne.

Kiedy byłam już jakieś pięćdziesiąt stron do końca, wciągnęłam się totalnie. Byłam strasznie ciekawa jak te wydarzenia się potoczą, jak cała akcja się zakończy i jakie będą jej skutki. Sama końcówka z kolei zostawiła mnie w totalnym szoku i przez kilka minut nie potrafiłam przetrawić tego, czego się właśnie dowiedziałam.

Jest to książka zdecydowanie dla fanów science-fiction, wysoko rozwiniętej technologii oraz różnorodnych wizji przyszłości. Powieść wciąga i choć chwilami tego wszystkiego jest za dużo, to jednak sama historia jest ogromnie interesująca. Z niecierpliwością teraz czekam na premierę drugiego tomu.


Egzemplarz otrzymałam dzięki współpracy z wydawnictwem Uroboros.